Bilans dla Miasta



Powrót do bloga


7 czerwca 2009 r.

W ostatnich dniach, wiele osób czyniło rozmaite bilanse, które miały wykazać - jak wiele zmieniło się
w różnych dziedzinach życia od roku 1989. Przeglądam właśnie albumy ukazujące miasto Nowy Sącz, wykonane w minionych dekadach przez sądeckich fotografików. Patrząc na zdjęcia, na których rozpoznaję osoby mi bliskie, przypominam sobie nastroje, jakie panowały u końca trudnych lat osiemdziesiątych.

Na zdjęciach Staszka Śmierciaka, czy też Kazimierza Fałowskiego widać miasto szare, pełne komunistycznego osadu, stare druciane kwietniki z karłowatymi krakowiakami i rozpięte transparenty pomiędzy kamienicami ulicy Jagiellońskiej, na których ktoś wypisał - jak wiele dla Sądeczan znaczy przywiązanie do polskiej zjednoczonej partii robotniczej. Wiem, ile to "przywiązanie" znaczyło. Pamiętam, jak Sądeczanie żywiołowo reagowali i długo z wypiekami na twarzach roztrząsali słowa posła Leszka Moczulskiego, który rozszyfrował skrót PZPR, jako "płatni zdrajcy, pachołki Rosji". Dlaczego o tym piszę właśnie teraz? Ponieważ drażni mnie to, że po dwudziestu latach, w roku 2009 są ludzie, którzy wydaje się mogliby zrobić coś pożytecznego dla Nowego Sącza, jak ta kobieta, puszczająca obecnie bąki w wysoki stołek, z rozrzewnieniem wspominająca lata osiemdziesiąte na jednym z blogów w taki oto sposób - podczas rozmowy z przyjaciółmi ze szkolnej ławy, wracających do wielkich chwil z tamtych czasów, zadaje pytanie - "pamiętacie pogrzeb Breżniewa?" Z kolejnych dialogów widać, że nikt nie pamięta, bądź nikt nie chce podejmować tematu. Tylko jedna osoba przypomina sobie pewne zdarzenie i zadaje pytanie tej właśnie kobiecie: "a pamiętasz, jak Rafał schował się pod ławkę, żeby nie dać się zapisać do towarzystwa przyjaźni polsko-radzieckiej? Ty jemu wówczas odparłaś z wyrzutem - co by twój dziadek pomyślał, gdyby się dowiedział, że nie chciałeś się zapisać?"

To są wymierne wyznaczniki upływu czasu. Pokolenia przemijają, ale stary żelbet pezetpeerowski, zaprawiony moskiewską propagandą, przekazywany z ojca na syna, z ojca na córkę nie kruszeje. Kto za taki stan rzeczy jest odpowiedzialny? Wrócę do roku 1989. Pamiętam radość mieszkańców Miasta Nowego Sącza, żywą nadzieję w oczach, którą widziało się u przechodniów na ulicach - nie da się tego zapomnieć. Miałem wówczas kilkanaście lat, ale pamiętam wiele. Pamiętam, jak moi rodzice z satysfakcją oglądali
w telewizji zaprzysiężenie rządu Mazowieckiego, którego późniejsza gruba krecha podzieliła najmocniej kraj, na tych co żyli uczciwie i mieli w sercach tą wielką nadzieję i na tych, którzy stanowili ropień na młodej, rodzącej się polskiej demokracji. Ci ostatni - dzięki grubej kresce, mogli nie tylko ochronić swoje czerwone tyłki, ale także poprzez stare układy zbudować nowe, mocniejsze i stabilniejsze, oparte na rozkradanym przez kolejne lata majątku narodowym.

To właśnie ci, dawni partyjni kolesie przeczekali cicho czas bumu solidarnościowego i lata AWS. W spokoju budowali swoją siłę i marzyli tylko o dojściu ponownym do władzy. W konsekwencji Wałęsa swoim stylem rządzenia krajem - pośrednio doprowadził do reaktywacji starej szumowiny. Najbliższe otoczenie Wałęsy,
z czasu ostatnich dni jego prezydentury także walnie się do tego przyczyniło.

To, co dzieje się w kraju, przekłada się często na to, co dzieje się w lokalnych społecznościach. Sądeczanie ujrzeli nową rzeczywistość prowadzenia polityki. Pierwsi dwaj prezydencji z czasów poskomunistycznych,
w późniejszych latach ponownie zabiegali o zaufanie Sądeczan. Już nigdy nie wygrali wyborów samorządowych. Patrzyłem ze zdumieniem, jak rozwścieczeni Sądeczanie, oddawali głosy na zdawałoby się "neutralnego" kandydata, żeby tylko zagłosować przeciw byłemu prezydentowi, prawicowemu - którego wówczas nie chcieli więcej oglądać. Byłem zdumiony, totalnie zaskoczony i rozżalony. Zastanawiałem się wówczas - czy mieliśmy faktycznie jakikolwiek wybór? Ów "neutralny" prezydent miasta okazał się słabym, podatnym na zewnętrzne i wewnętrzne sterowanie reliktem czerwonego "dobrobytu".

Lata 2002-2006 umocniły w Nowym Sączu postpartyjne układy, komunistyczne, przefarbowane i zwarte kołtuństwo rozpanoszyło się w mieście, będącym niegdyś kolebką Solidarności. Na wysokie stanowiska
w różnych instytucjach przyjmowano dzieci dawnych, partyjnych wieriuszków, umocowano jeszcze solidniej starych, komunistycznych dyrektorów.

W konsekwencji nastąpił pat czerwonego zarządu miasta z prawicowymi radnymi i mieliśmy cztery zmarnowane lata, praktycznie bez inwestycji, lata kłótni, rozpadu i społecznego marazmu. Gniew tylko wzbierał we mnie, gdy patrzyłem, jak solidarnościowe symbole sprzed lat, potrafiły zaprzedać się nowemu-staremu, pezetpeerowskiemu układowi, za przysłowiową, ogryzioną kość.

Minęło dwadzieścia lat. W roku 2009 znowu odżywają nadzieje. Chociaż trudno jest walczyć ze starymi, mocno zakorzenionymi układami - to jednak dobrze, że społeczeństwo wybrało skutecznego i pracowitego Włodarza dla Miasta.

Nowy Sącz pięknieje, remontowane są ulice, mówi się o odbudowie zamku, na nowo odzyskujemy wizerunek miasta kwiatów i zieleni. Trwa współpraca władz Nowego Sącza z radnymi. Równolegle stare ma się dobrze. Ważne jest to, żeby tylko z tą "relacją pełną kurtuazyjnej przyjaźni" nie przedobrzyć. Proporcje muszą zostać zachowane. Nikt przecież nie przewidzi, czy nawet najlepszemu panu, nie zerwą się kiedyś psy ze smyczy. Po co kręcić ponownie całym kołem naszej młodej wolnej, lokalnej historii.


Powrót do bloga

Copyright by LeszekLanger.pl 2009