O narodowej sklerozie i niszczeniu własnych bohaterów



Powrót do bloga


13 grudnia 2009 r.



Dziś po raz pierwszy, gdy nieco niedomagam i leżę w łóżku obejrzałem film pt. "Generał Nil". Już dawno planowałem zorganizować sobie wolny czas na ten fabularyzowany dokument, jednak dopiero teraz zrealizowałem zamierzenie. Gdy przez ekran przeszły ostatnie napisy końcowe, w mojej głowie kłębiły się podobne odczucia do tych, po obejrzeniu filmu pt. "Rotmistrz Pilecki". Jednym z wciąż najbardziej niepokojących mnie - jako jeszcze młodego człowieka - pytań jest to, w jakim kraju żyjemy, jaką historię tworzymy, jakie wyciągamy wnioski z tragicznego dla Polaków wieku XX. Czy nie jesteśmy aby narodem, który sam morduje własnych bohaterów? Dlaczego Polacy często marnują i niszczą najbardziej wartościowych ludzi i ich osiągnięcia, a tymczasem zadowalają się miernotą i bylejakością?

Przychodzą mi na myśl wspomnienia z ostatniego roku studiów uniwersyteckich w Krakowie, o których rozmawiałem kilka dni temu z kolegą. Będąc studentem czwartego roku Polonistyki zapisałem się na seminarium magisterskie do profesora Adama Kulawika, który uchodził wówczas za świetnego teoretyka literatury. Odkąd rozpocząłem studia na UJ wiedziałem, że kiedyś napiszę pracę dotyczącą twórczości poetyckiej Karola Wojtyły. Żeby jednak uniknąć zabarwień emocjonalnych postanowiłem badać twórczość Andrzeja Jawienia - a był to pseudonim literacki młodego Wojtyły, przyszłego kapłana i papieża. Ponieważ Jawień uchodzi za twórcę zjawiskowego, uznawanego powszechnie za godnego uwagi kontynuatora poetyckiej myśli neoromantycznej, chciałem koniecznie poznać jego twórczość od strony warsztatowej, czyli teorii literatury i językoznawstwa. Profesor Kulawik zgodził się bez wahania, a ja byłem szczęśliwy. Dużo później przekonałem się, że zrobił to tylko dla pieniędzy, które dostawał za prowadzenie magistranta. Przechodząc przez kolejne seminaria magisterskie szybko doszedłem do wniosku, że mój promotor nic nie wie o twórczości Andrzeja Jawienia, a ponadto nic nie robi, aby się czegokolwiek w tym temacie dowiedzieć.

Przez cały czwarty rok nie przeczytał ani linijki z mojej powstającej pracy. Gdy już byłem studentem roku piątego usłyszałem od Adama Kulawika - "praca ma mieć nie więcej niż sto stron i ma być oprawiona w miękkie okładki, żeby dobrze mi się czytało, gdy będę siedział na bujaku". Przez kolejne pół roku nie wypowiedział się ani jednym słowem na temat mojej pracy. Dwukrotnie usłyszałem jednak uwagi, które nijak nie miały się do przedmiotu moich badań. Adam Kulawik mówił, że poezja Wojtyły w ogóle nie jest godna, aby ją czytać, że raz w życiu był w Watykanie i żałuje, bo takiego cyrku nigdy wcześniej nie widział. Spędy przygłupów na Placu Świętego Piotra i żałosny starzec, któremu powinno się zakazać brać na ręce dzieci, gdyż na widok takiej brzydkiej twarzy można dostać psychicznego wstrząsu. Mówił też, że gdy zwiedzał Kaplicę Sykstyńską doznał skurczu szyi, z którego musiał się później leczyć. Tyle było zaangażowania promotora w powstawanie mojej pracy.

Koleżanka z grupy seminaryjnej, która pisała o "Barbarzyńcy w ogrodzie" Zbigniewa Herberta usłyszała takie uwagi: "Któż to jest Herbert? Jakiś pijaczyna, który przez alkohol i papierosy marnie zakończył swoje życie. Pozostawił po sobie pełne szuflady z nieuporządkowanymi notatkami. Był głupcem, mógł przecież współpracować z władzami PRL i mieć pozycję w państwie, jak na przykład Jarosław Iwaszkiewicz" - który według Kulawika jest znacznie bardziej wartościowym twórcą, niż Herbert. Z opowieści Kulawika Herbert wyłaniał się jako wichrzyciel, hulaka, pijak i utracjusz. Aż dziwne, że tych cech osobowych pseudopromotor nie widział u swojego ukochanego Gałczyńskiego, słynącego z wyjątkowego luzu i braku jakichkolwiek zahamowań. Gdy oddawałem Kulawikowi pracę, usłyszałem takie słowa: "Niech pan ją złoży do sekretariatu i umówmy się, że ma pan ocenę bardzo dobrą". Gdy już przyszło do egzaminu magisterskiego, szybko z recenzji zorientowałem się, że moją pracę potraktowano niepoważnie. Egzamin magisterski przeprowadzali - Kulawik, niejaki Włodzimierz Pruchnicki, który wśród studentów nie miał żadnego poważania i Stanisław Bryndza-Stabro, uchodzący w oczach Kulawika za wyjątkowego twórcę nurtu tzw. "nowej fali". Na dzień dobry usłyszałem, że praca jest słaba, a przedmiot moich badań nie wart uwagi. "Do literatury nie można podchodzić z pozycji na kolanach" - z drwiną odrzekł promotor. To nic, że w mojej pracy nie pada nazwisko Wojtyła, to nic że nie odniosłem się do okresu życia poety, gdy ten był papieżem. Wylali mi jeszcze kilka kubłów pomyj na głowę i czekali mojej reakcji, a ja siedziałem z zaciśniętymi pięściami i ustami myśląc sobie: "Wy wypasione na breżniewowskich żurfiksach dranie, nic wam nie powiem". Nie odezwałem się ani słowem. Na żadne z pytań. W końcu nastała konsternacja, bo jak tu oceniać kogoś, kto się w ogóle nie odzywa. Po długiej chwili ciszy i wyczekiwania wyszedłem z sali trzaskając drzwiami. Po ogłoszeniu ocen ze śmiesznego "egzaminu" magisterskiego dowiedziałem się, że otrzymałem z pracy dostateczny, z egzaminu także dostateczny. Postanowiłem nie zostawić tego płazem. Poszedłem porozmawiać z dziekanem wydziału - prof. dr hab. Haliną Kurek, która po wysłuchaniu mnie zasugerowała napisać pismo w tej sprawie do rady wydziału. Napisałem. Po dwóch miesiącach oczekiwania dowiedziałem się, że rada wydziału przyjęła moją prośbę zmiany oceny na dyplomie, którą wcześniej popsuły niskie oceny od pseudopromotora. Dziś w indeksie, który trzymam na pamiątkę mam wpisaną ocenę bardzo dobry za pracę i plus dobry z egzaminu. Podpisany jest pod tymi ocenami Kulawik. To taka moja mała satysfakcja.

Dodać tutaj jeszcze trzeba, że Kulawik otrzymał profesurę z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego dopiero w roku 2000 i to w czasie, gdy w kraju pojawiło się wielu świetnych teoretyków literatury, a osiągnięcia krakowskiego "profesora" przykryła warstwa kurzu. Pamiętam, że opowiadał nam podczas seminarium o nowej książce - podręczniku, nad którą od lat pracuje i nie może jej skończyć, rzekomo z powodu braku czasu.

W niecały rok po tych wydarzeniach, w atmosferze skandalu mój były promotor pożegnał się Uniwersytetem Jagiellońskim. Podobno żaden z naukowców z Zakładu Teorii Literatury nie chciał już dłużej z tym chorym na systemową służalczość i przeżartym ideologicznie człowieczkiem pracować. Dziś o zgrozo jest kierownikiem katedry teorii literatury w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, tego samego - o którym Kulawik mówił do nas, że jest wylęgarnią matołów. W czasie, gdy uczęszczałem na seminaria magisterskie - ten czerwony żelbet twierdził, że jedyną uczelnią z prawdziwego zdarzenia w Krakowie jest Uniwersytet Jagielloński. Cóż - widać i na tym przykładzie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ moi przyjaciele pytają się dlaczego tak mocno zaangażowałem się w utworzenie placówki Instytutu Pamięci Narodowej w Nowym Sączu. Zrobiłem to, aby wyświetlać młodzieży filmy typu "Generał Nil", "Rotmistrz Pilecki", "Człowiek z żelaza" i podobne. Robię to także po to, aby takie stare komunistyczne pryki, jak mój pseudopromotor nie czuły się nigdy dobrze w dzisiejszej rzeczywistości. Chciałbym, aby historia ostatnich 50 lat została należycie skatalogowana, omówiona i przeanalizowana. Ponieważ boli mnie to, że dziś Jaruzelski urasta do miana schorowanego i bezbronnego męczennika, który się mieni być mężem stanu. Drażni mnie to, że ludzie zapomnieli, jak smakuje kiełbasa wystana w czterogodzinnej kolejce na piętnastostopniowym mrozie. Wielu Polaków zapomniało jak wspaniale pachnie kawa, której torebkę trzeba było wręcz upolować w jednym z wielu pustych sklepów spożywczych. Mimo młodego wieku doskonale pamiętam tamte doznania. Dla prominenckich dzieci, które zajmują dziś intratne stanowiska w sektorze publicznym dzięki układom kolesiowsko-biznesowym, dzięki przejętemu zza czerwonej granicy i tak uwielbianego przez wielu - "machnium, machnium" - wspomnienia z trzech ubiegłych dekad są absolutną abstrakcją. Nie mogę pogodzić się z tym, że osoby publiczne, które postrzegano niegdyś jako symbole Solidarności i przemian w Polsce, bratają się dziś z tymi, którzy ciemiężyli naród w ostatnich dziesięcioleciach, albo z ich dziećmi, przesiąkniętymi ideami zepsucia wyniesionego z promoskiewskich domów.



W kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego na terenie kraju, gdy szczęśliwie - dzięki instytutowi przypomniano rodakom o służalczości Jaruzelskiego, który za cenę utrzymania władzy był gotów zgnieść braci pod gąsienicami czołgów układu warszawskiego, zadaję sobie pytanie - dokąd bagatelizowanie spraw ważnych i niepamięć nas zaprowadzą? Czy kiedykolwiek Polacy nauczą się szanować doświadczenia ojców i własną historię?

Leszek Langer



13 obrazków na przypomnienie 13 grudnia
żyliśmy przecież w takiej Polsce































Powrót do bloga

Copyright by LeszekLanger.pl 2009