Misericordia



Powrót do bloga


24 kwietnia 2010 r.



Dziś, gdy w kościołach katolickich na całym świecie wczesnym rankiem dzwony obwieściły "Christus resurrexit" wybiegam już myślą do niedzieli następnej, która nadejdzie za sześć dni.

Niedziela Bożego Miłosierdzia, bo o niej mowa, to dzień niezwykły. W wigilię tej uroczystości zamyka się w nas coś na zawsze - po to, abyśmy mogli przejść do lepszego wymiaru rzeczywistości. Z życia do życia. Jakie to niesie konsekwencje dla zwyczajnego człowieka? "Co znaczy, że miłość jest potężniejsza niż śmierć ? To znaczy, nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz; 12,21) Nigdy nie jest tak, żeby człowiek czyniąc dobrze drugiemu, tylko sam był dobroczyńcą. Jest również obdarowywany tym, co ten drugi przyjmuje z miłością." (JP II, Płock, 8 czerwca 1991) Tak więc w akcie obdarowywania bliźniego miłością człowiek nie jest sam. Jest zdeterminowany przez Tego, który zapoczątkował miłość i sam jest miłością. Zakładając zatem, że na końcu ludzkiej logiki stoi śmierć, to jeśli byliśmy zdolni obdarowywać innych miłością, którą sami dziedziczyliśmy od Wszechmogącego, możemy być pewni przejścia przez śmierć z życia do życia. Miłość jest potężniejsza niż śmierć. Pokazał to całemu światu Karol Wojtyła w wigilię uroczystości Miłosierdzia Bożego w roku 2005. Własnym świadectwem udowodnił, że słowa wypowiadane przezeń po wielokroć wcześniej są tak poważne jak życie i śmierć, jak życie i życie. Czego dzisiaj może szukać człowiek, po pięciu latach od tamtych wydarzeń? Wszystko już zostało powiedziane, wszystko zostało pokazane. Na żywo. Czy nie widzieliśmy wówczas świadka przemienienia? Jakie wnioski można dzisiaj wyciągnąć z tamtych chwil? W Tarnowie, w 1987 roku na Placu Katedralnym Wojtyła wypowiedział m.in. takie słowa: "Niech nigdy ten, kto szuka świadka przemienia nie trafi na nieufność, czy obojętność. Lepiej zaufać temu, kto może na to zaufanie nie zasłużył, a niżeli odtrącić jednego, kto owej ufności jest spragniony i głodny". W wypowiedzianych przez Jana Pawła II słowach pobrzmiewają echa stałego pytania, obecnego podczas trwania długiego, bo dwudziestosiedmioletniego pontyfikatu. Jak duża jest wartość człowieczeństwa i gdzie są granice miłosierdzia względem drugiego człowieka? Dlaczego kochaliśmy tego starego papieża? Dlatego, Że on kochał nas miłością bezgraniczną, bezwarunkową. Widzieliśmy w tym odbicie Bożej miłości do człowieka.

Kiedy w Boże Narodzenie 1983 roku papież odwiedził rzymskie więzienie Rebibbia przy Via Tiburtina świat oniemiał ze zdumienia. Jan Paweł II zebranym w więziennej kaplicy skazanym powiedział: "Przed chwilą miałem możność spotkać się z moim zamachowcem i powtórzyć moje przebaczenie". W tym samym dniu świat obiegły zdjęcia papieża, który trzyma w braterskim uścisku Mehmeta Ali Agcę. Karol Wojtyła rozmawiał z nim jak z bratem, około kwadransa. Już dwa lata wcześniej, tuż po zamachu z 13 maja Jan Paweł II, gdy przebudził się w Poliklinice Gemelli po wielogodzinnej operacji, pierwsze powiedział: "No to żyjemy", a także "Przebaczam bratu, który mnie zranił". Papież nie powiedział: "który mnie omal nie zabił", nie powiedział: "który sprawił, że teraz bardzo cierpię". Autentyczne miłosierdzie papieża Jana Pawła II sprawia, że widzi w swoim zamachowcy brata. Dwa lata później, w rzymskim więzieniu potwierdza swoje stanowisko z tragicznego trzeciego roku pontyfikatu.

Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12,21). Jak to rozumiał polski papież? Pod koniec życia, gdy po raz kolejny zadziwił świat ogłaszając swoją ostatnią książkę "Pamięć i tożsamość" czytelnicy mogli odnaleźć tam takie zdanie: "Zło nie odnosi ostatecznego zwycięstwa. Tajemnica paschalna potwierdza, że ostatecznie zwycięskie jest dobro, że życie odnosi zwycięstwo nad śmiercią, że nad nienawiścią tryumfuje miłość" . Tak pisał człowiek mający świadomość kresu swoich dni. Totalne zawierzenie. Cały Wojtyła. Zawsze wykazywał radykalne cechy swojego charakteru. Wierzył, że to co robi jest poparte czymś głębszym, czymś większym. Za swoje przekonania Karol Wojtyła był skłonny oddać własne zdrowie i życie. Tak się też w końcu stało. Czy jednak zawsze był taki, czy tylko w chwilach, gdy czuł, że jego życie jest zagrożone? W 1960 roku Karol Wojtyła, młody sufragan pomocniczy dla Archidiecezji Krakowskiej, dwa lata po konsekracji na biskupa zadziwia polskich intelektualistów (zadziwianie innych, to była specjalność Karola Wojtyły) publikując książkę o miłości i jej różnych aspektach, m.in. o seksualnej relacji mężczyzny z kobietą. Wcześniej żaden z duchownych, żaden z biskupów nie publikował niczego w tym temacie. Mało który ksiądz w ogóle mówił cokolwiek na temat seksualności ludzkiej. Były to przecież lata sześćdziesiąte. Książka powstała jako podsumowanie wielu dyskusji ze studentami - wykładowcy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którym był właśnie Karol Wojtyła. Pomijając tutaj wydarzenia związane z zaskoczeniem intelektualistów, wróćmy do sedna sprawy. Czterdziestoletni biskup tak pisze o miłości: "Potrzeba szczegółowej analizy, aby ujawnić w pewnej bodaj mierze całe bogactwo rzeczywistości, która bywa oznaczana słowem miłość. Jest to rzeczywistość złożona i wieloaspektowa. Przyjmiemy za punkt wyjścia, że miłość jest zawsze wzajemnym odniesieniem osób. To z kolei oparte jest znów na pewnym stosunku do dobra. Każda z osób pozostaje w takim stosunku i obie razem w nim pozostają. (...) Musimy wyróżnić te zasadnicze elementy, które się w niej [miłości red.] zawierają, zarówno elementy treściowe związane ze stosunkiem do dobra, jak i elementy strukturalne związane ze wzajemnym odniesieniem osób. Elementy te zawierają się we wszelkiej miłości. Tak więc np. we wszelkiej miłości zawiera się upodobanie czy życzliwość. (...) Pierwszym elementem w ogólnej analizie miłości jest element upodobania. (...) Upodobanie, to nie tylko myślenie o jakiejś osobie jako o dobru, upodobanie to zaangażowanie myślenia w stosunku do tej osoby jako do pewnego dobra, zaangażowane takie zaś może być w ostateczności spowodowane tylko przez wolę." Przytoczona wypowiedź definiuje miłość jako relację - wzajemny stosunek dwóch osób. Relację zakładającą dostrzeżenie dobra w drugim człowieku, bez żadnego warunku. Można jednak odnieść wrażenie, że nie chodzi tutaj tylko o relację człowieka do człowieka. Mowa jest o odniesieniu Boga do człowieka, jako Osoby do osoby. Po pierwsze, to właśnie przez pryzmat miłości Bóg w człowieku może widzieć dobro. Tylko przez pryzmat bezgranicznej miłości Boga do człowieka, która Syna Bożego zaprowadziła na krzyż. Właśnie ofiara na krzyżu umożliwiła zaistnienie tej relacji. Zanim do tego doszło potrzebna była wola. Bóg znalazł upodobanie w człowieku od zarania dziejów. "Widział Bóg, że wszystko co stworzył było dobre". Jednak człowiek zmienił początkowy stan rzeczy i na przestrzeni historii dziejów ludzkości wielokrotnie sprzeniewierzył się Stwórcy. Teraz potrzeba było woli Boga, aby móc znów widzieć w człowieku dobro. Wielokrotnie Bóg zawierał z człowiekiem przymierze.
Tak o tym przymierzu pisał Jan Paweł II.

"Kto mógł tak przywoływać przyszłość daleką i bliską?


Kim jest Ten Bez-Imienny,
który zechciał objawić się w głosie?
Który mówił tak do Abrama,
jak mówi człowiek do człowieka?

Był inny. Niepodobny do wszystkiego,
co mógł pomyśleć o Nim człowiek.
Mówił - więc oczekiwał odpowiedzi...
Raz przyszedł do Abrama w gościnę.
Było Przybyszów Trzech, których przyjmował
z wielką czcią
Abram zaś wiedział, że to On,
On jeden.
Rozpoznał Głos. Rozpoznał obietnicę.
W rok później cieszyli się oboje z Sarą
narodzinami syna
chociaż byli już w latach podeszli."

Przymierze Boga z człowiekiem było przez tego ostatniego zawsze łamane. Dlatego z woli Boga zostało zawarte ostateczne przymierze na krzyżu. Przymierze Boga z człowiekiem, przymierze Miłości Ostatecznej. Przymierze nie do złamania. W 1994 roku papież w książce "Przekroczyć próg nadziei" tak pisze o tym ostatecznym rozstrzygnięciu z woli Boga: "Bóg nie jest poza-światowym Absolutem, któremu cierpienie ludzkie jest obojętne. Jest Emmanuelem, Bogiem-z-nami, jest Bogiem, który dzieli los człowieka, uczestniczy w jego losie. (...) Jego mądrość i wszechmoc zostają wprzęgnięte z wolnego wyboru w służbę stworzeniu." W książce "Pamięć i tożsamość" papież kontynuuje: "Oczywiście jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni."

Jest to niesamowicie radykalne sformułowanie, mówiące że każdy bez wyjątku człowiek ma szansę na zbawienie. O każdym czasie, niezależnie od tego jaką ma za sobą przeszłość. Każdy może w Bożym Miłosierdziu dostąpić zbawienia. Niby o tym wszystkim wiemy, co więc czyni Karola Wojtyłę człowiekiem niezwykłym w aspekcie pojmowania miłosierdzia? To właśnie radykalizm w myśli i postępowaniu, a co za tym idzie konsekwentna realizacja. Wielu nawet najwyższych hierarchów kościoła nigdy nie zdołało pojąć postępowania w miłosierdziu Karola Wojtyły. W 1965 roku, po spotkaniach z biskupami niemieckimi na Soborze Watykańskim II arcybiskup Wojtyła i arcybiskup Bolesław Kominek z Wrocławia postanowili raz na zawsze zamknąć epizod urazów wojennych między sąsiadującymi ze sobą narodami, urazów z czasu II wojny światowej. W duchu miłosierdzia polscy biskupi zaproponowali list do biskupów niemieckich, którego sedno wyrażało się w słowach: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Pomysł wystąpienia z listem zrodził się na początku 1965 roku. Aż dziesięciu miesięcy potrzebowali Wojtyła i Kominek, aby przekonać polskich biskupów z prymasem Wyszyńskim na czele do podpisania tego dokumentu. Sam pomysł wielu hierarchom wydawał się szalony, niektórzy w ogóle nie pojęli ogromu miłosierdzia, jaki się w tym geście zawarł. Polscy biskupi podpisali się pod listem dopiero 13 października 1965 roku.

Podobnie było w roku 2000 jubileuszowym. Gdy podczas pokutnego nabożeństwa sprawowanego w bazylice świętego Piotra papież Jan Paweł II przepraszał za winy i grzechy kościoła katolickiego, na skutek których ucierpieli ludzie na przestrzeni dziejów, wielu najwyższych dostojników kościoła dystansowało się od tego wydarzenia. Wielu z nich pytało: w jakim celu papież czyni takie gesty. Były to gesty miłosierdzia względem drugiego człowieka. Takich papieskich inicjatyw, bulwersujących zwykłych zjadaczy chleba było wiele: ucałowania koranu, nie dlatego, żeby się identyfikować z konkretną religią wschodu, ale dlatego, żeby w duchu miłosierdzia uszanować drugiego człowieka, zdjęcie butów w meczecie, nawiedzenie synagogi, wejście do przesiąkniętej trądem umieralni w Kalkucie, odwiedziny w śmierdzącej, nędznej lepiance z krowich odchodów gdzieś w środku afrykańskiego buszu. Były to gesty prawdziwego miłosierdzia. Niespotykane na taką skalę wcześniej. Przez wielu niezrozumiane, ale za to autentyczne. Dlatego ludzie w Janie Pawle II widzieli alter Christus na ziemi. Wojtyła był radykalny w swoim postępowaniu, w swoich poglądach. Wierzył w miłosierdzie do ostatnich swoich dni. Wiele osób zastanawiało się, co jest takiego szczególnego w tym człowieku, na koniec starym, schorowanym, powykrzywianym, że lgną do niego miliony? Odpowiedź jest tylko jedna. Ludzie do końca patrzyli na niego przez pryzmat miłosierdzia, które papież zawsze głosił, okazywał i tylko to się dla wielu ludzi liczyło. Dlaczego zatem Jan Paweł II mając świadomość swojego stanu zdrowia nie oszczędzał się, nie ukrywał swojego cierpienia? Dlatego, że był autentyczny we wszystkim, co robił. Ludzie widzieli to i czuli, że nic przed nimi nie ukrywa. Wszystko w co wierzył, co myślał, czym się kierował ukazywał w formie otwartego, nie utajnionego, autentycznego przekazu. Widzieliśmy, że jeśli we wszystkim jest autentyczny, to także w głoszeniu i szerzeniu miłosierdzia musi być autentyczny. Za to go kochaliśmy i cenili, nawet gdy był już starym, niedołężnym fizycznie człowiekiem. Papież nie chciał ukrywać swojego cierpienia, wiedział bowiem, że: "Zgorszenie krzyża pozostaje kluczem do otwarcia wielkiej tajemnicy cierpienia, która należy organicznie do dziejów człowieka." Niebywały radykalizm. Jeśli Chrystus ogołocił się na krzyżu, będąc zgorszeniem dla wielu, to on-papież chcąc postępować za swoim Mistrzem liczył się z tym, że niektórzy będą się gorszyć patrząc na jego - papieża sromotę, gdy pełen cierpienia, niedowładu będzie do końca sprawował swoją misję. Któż jeszcze potrafi się zdobyć na taki autentyzm i radykalizm ?

Na koniec jeszcze jedna myśl. Jan Paweł II nie traktował miłości, jako zjawiska samego w sobie. Starał się wydobyć z miłości i miłosierdzia jak najwięcej aspektów, jak najwięcej płaszczyzn, wymiarów zrozumienia tego, czym jest miłość. Pokazywał ludzkości, że miłość i miłosierdzie są uniwersalne. W swojej drugiej encyklice "Dives in misericordia" z 30 listopada 1980 roku papież tak mówi o miłości: "Mamy prawo wierzyć, ze nasze pokolenie zostało również objęte słowami Bogarodzicy, gdy uwielbiała miłosierdzie, które z pokolenia na pokolenie jest udziałem tych, co kierują się bojaźnią Bożą. (...) Pokolenie współczesne uważa się za uprzywilejowane, gdyż postęp otwiera mu wielkie możliwości, których istnienia nawet nie podejrzewano jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Twórczość człowieka, jego inteligencja i praca spowodowały głębokie przemiany, zarówno na polu nauki, techniki, jak i w życiu społecznym i kulturalnym. Człowiek rozszerzył swe panowanie nad przyrodą i osiągnął głębszą znajomość praw dotyczących stosunków społecznych. (...) Jeśli niektórzy teologowie twierdzą, że miłosierdzie jest największym wśród przymiotów i doskonałości samego Boga, to Biblia, Tradycja i całe życie z wiary Ludu Bożego dostarczą z pewnością swoistego pokrycia dla tego twierdzenia. Nie chodzi tutaj o doskonałość samej niezgłębionej istoty Boga w tajemnicy samego Bóstwa, ale o doskonałość i przymiot, w którym człowiek z całą wewnętrzną prawdą swej egzystencji szczególnie blisko i szczególnie często spotyka się z żywym Bogiem. (...) Miłość, jako siła jednocząca i dźwigająca zarazem jest miłością miłosierną, która jest ze swej istoty miłością twórczą. Miłość miłosierna we wzajemnych stosunkach ludzi nigdy nie pozostaje aktem, czy też procesem jednostronnym. Nawet w wypadkach, kiedy wszystko zdawałoby się wskazywać na to, że jedna strona tylko obdarowuje, daje - a druga tylko otrzymuje, bierze - ( jak np. w wypadku lekarza, który leczy, nauczyciela, który uczy, rodziców, którzy utrzymują i wychowują swoje dzieci, ofiarodawcy, który świadczy potrzebującym), w istocie rzeczy zawsze również i ta pierwsza strona jest obdarowywana. A w każdym razie także i ten, który daje, może bez trudu odnaleźć siebie w pozycji tego, który otrzymuje, który zostaje obdarowany, który doznaje miłości miłosiernej, owszem, doznaje miłosierdzia." Przytoczona powyżej wypowiedź ukazuje jak niesamowicie bogate spojrzenie na miłość i miłosierdzie wykazywał polski papież. Widać tutaj konstruktywne cechy przymiotu miłości i miłosierdzia.

Po pierwsze miłość jest miejscem, w którym Bóg spotyka człowieka i człowiek powinien spotykać człowieka. Należy więc szukać takich miejsc w swoim życiu.

Po drugie miłość i miłosierdzie cechujące ludzi z pokolenia - jak pisze papież - współczesnego, umożliwiło rozwój człowieka. Stało się źródłem wielu późniejszych osiągnięć. W myśl tego, o czym mówiłem wcześniej, że z każdego zła Bóg potrafi wyprowadzić większe dobro, pokolenia wojenne i powojenne, mając w pamięci okrucieństwa lat II wojny światowej, zwróciły się ku wartościom miłosierdzia i podejmowania próby zrozumienia drugiego człowieka, jego wartości i ceny. Działo się tak po wojnie, mimo że szalejący komunizm starał się przedłużyć czas zbrojnych konfliktów i ideowych konfrontacji.

Na koniec komunizm przegrał nie z myślą zachodniego kapitalizmu ale z ...miłosierdziem i próbami podejmowania międzyludzkiego dialogu ponad sztucznie wytyczonymi granicami geograficznymi. Tego właśnie komuniści nie przewidzieli i dlatego ich ideologie upadły. Mówi o tym jasno papież w książce "Dar i tajemnica".

W końcu wreszcie nadzieja. Nawet, jeśli człowiek nie czuje odwzajemnienia okazywanej miłości, to może być pewien, że jest także obdarowywany miłością. Bo miłość i miłosierdzie nie pochodzą od człowieka, tylko zostały człowiekowi darowane. Jan Paweł II był tego świadom, jak nikt inny. Czy to nie jest dziwne, ze inni hierarchowie Kościoła nie rozumieli tego, niezwykle czytelnego przesłania Siostry Faustyny ? Potrzeba było dziesiątków lat, aby polski papież otwarł oczy całemu światu na ogrom miłości i miłosierdzia. Dla mnie Karol Wojtyła pozostanie na zawsze "papieżem miłosierdzia". W 2002 roku Jan Paweł II w Łagiewnikach wypowiadał takie oto słowa: "Jak bardzo dzisiejszy świat potrzebuje Bożego Miłosierdzia! Na wszystkich kontynentach z głębin ludzkiego cierpienia zdaje się wznosić wołanie o miłosierdzie. Tam, gdzie panuje nienawiść, chęć odwetu, gdzie wojna przynosi ból i śmierć niewinnych, potrzeba łaski miłosierdzia, która koi ludzkie umysły i serca i rodzi pokój. Gdzie brak szacunku dla życia i godności człowieka, potrzeba miłosiernej miłości Boga, w której świetle odsłania się niewypowiedziana wartość każdego, ludzkiego istnienia. Potrzeba miłosierdzia, aby wszelka niesprawiedliwość na świecie znalazła kres w blasku prawdy. (...) O niepojęte i niezgłębione Miłosierdzie Boże, Kto Cię godnie uwielbić i wysławić może. Największy przymiocie Boga Wszechmocnego, Tyś słodka nadzieja człowieka grzesznego. Powtarzam dzisiaj te proste i szczere słowa świętej Siostry Faustyny, by wraz z nią i z wami wszystkimi uwielbić niepojętą i niezgłębioną tajemnice Bożego Miłosierdzia. Podobnie jak ona, chcemy wyznać, ze nie ma dla człowieka innego źródła nadziei, jak Miłosierdzie Boga. Pragniemy z wiarą powtarzać: Jezu ufam Tobie !"


Leszek Langer (KUL)






Powrót do bloga

Copyright by LeszekLanger.pl 2009