Cząstka mojego wzrastania



Powrót do bloga


10 lutego 2010 r.



Dziś zmarł Józef Życiński, arcybiskup lubelski, wcześniej biskup ordynariusz tarnowski. Nie tytuły są dla mnie jednak najważniejsze. Strasznie mnie dziś to boli, że odszedł nagle. Tak mnie to dotyka, że aż nie chcę się wewnętrznie pogodzić z chwilą śmierci, która się już dokonała. Józefa Życińskiego poznałem w 1990 roku, gdy Jan Paweł II powołał go na pasterza diecezji tarnowskiej, po niezapomnianym arcybiskupie Jerzym Ablewiczu. Życiński lubił zaglądać do Nowego Sącza, w szczególności jadąc do Pasierbca, gdzie uwielbiał wypoczywać i modlić się. Doceniał pracę prałata Stanisława Lisowskiego, często głosił homilie w sądeckiej bazylice. Sam byłem wówczas lektorem. Przysłuchiwałem się uważnie młodemu ordynariuszowi. Potrafił fascynować słuchacza przechodząc od skomplikowanego wywodu filozoficznego do niezwykłych porównań, które często szokowały, kontrastowały z ugłaskaną homiletyką, ale przede wszystkim pobudzały do myślenia.

Lubiłem, jako animator ruchu Światło Życie przyjeżdżać do Krościenka nad Dunajcem, na Kopią Górkę - zwłaszcza wtedy gdy wiedziałem, że na dzień wspólnoty przyjedzie biskup Życiński. Młodzież go uwielbiała i szanowała. Potrafił rozmawiać z młodymi ludźmi, nie tworzył sztucznego dystansu. W tamtym czasie bardzo wpatrywaliśmy się w niego, jako w pasterza i wzór chrześcijańskiego myśliciela. Życiński miał w sobie jeszcze coś, co powodowało, iż wystawał z szeregu hierarchów polskiego kościoła. To coś pozostało do dziś obecne w moim życiu. Myślę, że pewne postawy życiowe i przekonania zaczerpnąłem wówczas, gdy miałem lat około dwudziestu - właśnie od Józefa Życińskiego. Była to umiejętność łączenia postaw i przekonań chrześcijańskich z humanizmem. Właśnie tym samym humanizmem, często źle rozumianym, interpretowanym i skrywanym przez znaczną część duchowieństwa, która nie potrafi zestawić olbrzymiego potencjału ludzkiego umysłu z absolutem Stwórcy. Życiński wiedział jak rozmawiać z ludźmi o skrajnie różnych poglądach. Prowadził niezwykłe debaty, pełne szacunku dla wszystkich stron. W pewnych zachowaniach przypominał mi księdza Tischnera.

Cieszył się zaufaniem Jana Pawła II. Zapamiętam na całe życie dzień, gdy prezentował światu encyklikę Fides et ratio. Papież Polak poprosił młodego biskupa, żeby ten opatrzył komentarzem dzieło, które dopiero trafiało do rąk pierwszych reporterów. Byłem dumny z Życińskiego. Przecież go osobiście znałem. Mam nawet zachowaną na pamiątkę kartkę z gazety parafialnej "Nasze Spotkania", biskup Józef Życiński odręcznie napisał na niej dla lektorów życzenia świąteczne. Mam też podpisany przez biskupa egzemplarz komentarza do katechizmu kościoła katolickiego - zatytułowany "W Duchu i Prawdzie". Tak też brzmiało zawołanie biskupie Józefa Życińskiego.

Pamiętam pewne wydarzenie, gdy miał przewodzić jakiejś modlitwie w bazylice. Ja z kolegą obstawialiśmy wówczas dyżur przy służbie liturgicznej. Tuż przed ołtarzem ustawiony był klęcznik przykryty czerwonym suknem. Biskup ordynariusz szedł środkiem nawy, od głównego wejścia do świątyni. Gdy już był jakieś pięć metrów od stopni ołtarza , nagle gdzieś z boku wyszła z cienia staruszka i nie widząc zbliżającego się biskupa podeszła do klęcznika i uklękła na nim. Zaraz do babuleńki rzucili się kościelny i sekretarz biskupa. Ordynariusz jednak gestem dłoni dał znać, żeby nie ruszali staruszki. Pamiętam, jak klęczał tuż za nią na marmurowej posadzce i długo się modlił. Przypominam sobie, że nam młodym lektorom bardzo to zachowanie hierarchy imponowało.

Życiński nie lubił kiczu. Nie znosił bezguścia chyba równie mocno jak prostackiej głupoty. Nie nazywał jednak tych wad czysto ludzkich twardo, tylko zawsze anegdotami wskazywał, że na przykład filozofia przyrody nie ma nic wspólnego z obrazami, na których widać jelenie na rykowisku.

Pamiętam tamten dzień, gdy przyjechał na ingres biskupa Wiktora Skworca do katedry tarnowskiej. Wszyscy już byli obecni na placu katedralnym. Arcybiskup Życiński spóźnił się chyba pięć minut. Gdy wjechał z rozmachem w pobliże placu, wszystkich przygotowanych do ingresu duchownych zainteresował gwar, jaki wytworzył się na obrzeżach tłumu oczekującego na rozpoczęcie eucharystii. To tarnowianie zgotowali owacyjne powitania przybyłemu do jego dawnej diecezji - nowemu metropolicie lubelskiemu. Ludzie go cenili. Do dziś pozostaje wiele anegdot i ciepłych wspomnień po Józefie Życińskim. Chodził na pielgrzymki tarnowskie do Częstochowy. Nie przepadał za dworskim przepychem. Golił się elektryczną maszynką w samochodzie i na dachu auta w pośpiechu podpisywał nominacje na honorowych kanoników. Dużo podróżował po świecie, stawiał na rozwój misji. Zadzierzgnął dla diecezji tarnowskiej wiele cennych kontaktów.

Moje ostatnie osobiste spotkanie z Józefem Życińskim wiąże się z gorącym letnim sierpniem i lodami przy odpuście parafialnym. Wraz z biskupem Władysławem Bobowskim, grupą lektorów i księży pracujących wówczas w parafii siedział na ławkach pod wielkim dębem i jadł lody przed odjazdem do Tarnowa. Był bardzo serdeczny w rozmowie z lektorami. W późniejszych latach, gdy realizowałem studia doktoranckie w Lublinie, spotkałem go kilka razy. Jednak nigdy nie miałem już okazji porozmawiać z arcybiskupem. Myśląc o czasie moich studiów lubelskich będę zawsze wspominał jego osobę.

Taki był, przeważnie w ruchu, nieustannie pogodny, czasem zamyślony, pełen energii. Przy nim wzrastałem w przywiązaniu do Kościoła i dziś mi jest go szczególnie brak.


Leszek Langer






Powrót do bloga

Copyright by LeszekLanger.pl 2009